szablon bloga: http://szablonykatemac.blox.pl/html
RSS
środa, 18 kwietnia 2018
Wyprawa na Wyspę psów

Bajka – ale raczej dla dorosłych. Wes Anderson sięga po swoje sprawdzone motywy i ulubionych aktorów, powracając jednocześnie do animacji kukiełek. Jak zawsze w swoim stylu – fanów reżysera czeka wizualna uczta.

Czekaliśmy od 2014 roku, niemal równe cztery lata. Po bajkowym The Grand Budapest Hotel Wes Anderson wyruszył do Japonii, na wyspę psów stworzoną techniką analogiczną do Fantastycznego Pana Lisa. Estetyka w pewnej mierze uległa zmianie – krajobrazy angielskiej prowincji zastąpiła charakterystyczna, dalekowschodnia kreska i minimalizm, ale jeden z najbardziej autorskich reżyserów pozostał sobą opowiadając tę samą co zawsze, choć nieco inną historię.

W niedalekiej przyszłości japońska metropolia Megasaki, rządzona od wieków przez dynastię Kobayashi staje przed wyzwaniem – w mieście szaleje psia grypa. W ramach walki z wirusem zapada decyzja o przesiedleniu wszystkich psów na pobliską wyspę – składowisko odpadów. Dla przykładu burmistrz wysyła jako pierwszego swojego psa. Pionier Spots jest opiekunem i przyjacielem Atariego, bratanka burmistrza. Po trzech latach, kiedy w Megasaki nie ma już śladu po psach, młody pilot Atari wyrusza na misję ratunkową. W poszukiwaniu Spotsa sprzymierza się z piątką psów, na których czele stoi Chief – niepokorny, nieudomowiony, jedyny, który nigdy nie miał pana.

Bajka – choć ze względu na dość drastyczne animowane detale (choćby odgryzione psie ucho) niekoniecznie dla najmłodszych – porusza dobrze znane z twórczości Andersona tematy. Scenariusz jest autorskim dziełem reżysera oraz jednego z „jego” aktorów i współpracowników, Jasona Schwartzmana. Przez niemal dwie godziny oglądamy jak Atari oswaja psy, zdobywa ich przyjaźń, są też brawurowe pościgi i ucieczki, skomplikowane relacje i sporo absurdu. A wszystko to zamknięte w pięknych, centralnych kadrach i okraszone minimalistyczną, rytmiczną muzyką. Już na wstępie dowiadujemy się, że postaci ludzi pozostaną nieprzetłumaczone, tak jakbyśmy byli na pozycji psów, kwestie tychże, natomiast, zostały przepisane na potrzeby odbioru ludzi – widz staje więc od razu po stronie czworonogów.

 

Jak już wspomniałam, estetycznie Wyspa psów jest bardzo daleko od pastelowego Hotelu Budapeszt, także przez zastosowanie ciepłych kolorów, znówprzywodzących na myśl przygody Pana Lisa, czy azjatycki minimalizm. Anderson ściśle jednak trzyma się swojego znaku rozpoznawczego – centralnie budowanych kadrów z precyzyjnym rozmieszczeniem postaci. Każde ujęcie mogłoby być zdjęciem, do tego stopnia zostały przemyślane i skomponowane. Pojawia się również dodatkowy sposób prowadzenia opowieści i nadawanie jej tempa, zwłaszcza, gdy trzeba pokazać upływ czasu lub udynamicznić ucieczkę w wagoniku transportowym, czy ścieku: długie najazdy kamery. Anderson nadal pracuje także planami i ich wielkością, sięgając po ujęcia całości przestrzeni: wyspy, mapy, tak, jak robił to w niemal każdym swoim filmie, przez ujęcie łodzi w Podwodnym życiu ze Stevem Zissou, czy hotelu Budapeszt. Fantastyczny Pan Lis z kolei uciekał wykopaną siecią tuneli, które widz miał na podglądzie wraz z trzema rabowanymi przez bandę zwierząt posiadłościami.

Opowieść o Wyspie Psów jest, tak jak zawsze u Andersona, podzielona na rozdziały. Osobiście ten zabieg i plansze kojarzą mi się z niemymi filmami sprzed dziesięcioleci, gdzie pomagały zrozumieć historię jednocześnie ją porządkując. Tu jest podobnie, co dodatkowo wzmacnia u widza wrażenie, połączone z powyższymi zabiegami, jakoby przewracał karty pięknej książki.

Warstwa fabularna jest również pełna stałych elementów ze świata Wesa Andersona. Znów oglądamy dziecko stające przeciw bezmyślnym i złym dorosłym, to w jego rękach leży zwycięstwo dobra. Pojawia się też temat relacji z rodzicami, w postaci burmistrza Kobayashi oraz zbuntowany nastolatek, który musi interweniować wobec głupoty dorosłych – tu postacią jest amerykańska nastolatka Tracy, która jako jedyna widzi prawdę i dobro. Na pierwszym planie jest przyjaźń, uczycie napędzające wydarzenia, jej bezwarunkowość także w obliczu inności i odrzucenia – Atari stara się oswoić Chiefa, pozostałe psy są mu zaś wiernie oddane. No i wreszcie czarne charaktery: zły nigdy nie jest do końca zły, choć ponosi karę. Widzowie Pana Lisa pamiętają pewnie szemraną postać szczura, który przeżywa odkupienie przed śmiercią w kanale – to także system wartości bliskich światu reżysera.

Oczywiście nie można nie wspomnieć o obsadzie, zwłaszcza w kontekście odwołań do filmografii twórcy. Nikogo, kto widział choć kilka filmów Andersona nie dziwi obecność Edwarda Nortona, Billa Murraya, czy Tildy Swinton, dziwiłaby raczej nieobecność. Aktorzy w postaci swoich własnych głosów są tu nieodłącznym elementem: zwłaszcza Bryan Cranston w roli Chiefa, ale wśród obsady są też Greta Gerwig, Scarlett Johansonn, Frances McDormand, Harvey Keitel i Liev Schreiber wspierani japońskimi kolegami. Nie można zapomnież też o epizodzie Yoko Ono podkładającej głos… Yoko Ono.

Wes Anderson znów udowadnia, że jest jedyny w swoim rodzaju i jak nikt potrafi opowiadać bajki, które czynią świat piękniejszym. Wyspa Psów to kolejny rozdział tej samej opowieści, tak inny od Bottle Rocket, ale opowiadany z taką samą konsekwencją od wielu lat. Już nie mogę doczekać się następnego.